Marsz dla Życia i Rodziny – pozory a rzeczywistość

Drukuj

Co roku w wielu polskich miastach środowiska katolickie organizują Marsz dla Życia i Rodziny. Jak ta inicjatywa i poglądy za nią stojące ma się rzeczywiście do troski o sprawy wymienione w jej nazwie?

Troska o rodzinę     

Aby powstała rodzina, najpierw musi powstać związek dwóch osób. W kontekście polityki Kościoła Katolickiego już tutaj pojawia się problem. Według jego doktryny bowiem, prawo do istnienia mają wyłącznie katolickie (sakramentalne) związki małżeńskie. Małżeństwa cywilne, czy konkubinaty wedle katolicyzmu winny być przez państwo zakazane a ludzie żyjący w takich związkach – karani (encyklika Casti connubii – Piusa XI). Oznacza to, że jeżeli księża mówią na temat troski o los rodzin – to w istocie chodzi im tylko o rodziny katolickie. Powstawanie rodzin niekatolickich, wychowywanie dzieci przez niekatolików – jest sprzeczne z interesem Kościoła.

Ktoś powie, że przecież pozwala się na małżeństwa między członkami wspólnoty katolickiej a bezwyznaniowcami, że biskupi nie domagają się głośno delegalizacji ślubów cywilnych. Owszem – ale z zupełnie innej przyczyny. Obecnie Kościół wywołuje szeroką niechęć już samym potępieniem związków homoseksualnych czy formalizacji związków partnerskich (zapewniających partnerom podobne prawa jak małżeństwom). Aby więc nie straszyć ludzi prawdziwym obliczem katolicyzmu, nie wysuwa kolejnych postulatów by prawo państwowe było w tej materii z nim zgodne. Kwestia delegalizacji związków cywilnych czy małżeństw mieszanych jest więc przemilczana w retoryce skierowanej do szerszego grona odbiorców. Co więcej – Kościół Katolicki może nawet dziś małżeństw mieszanych udzielać – przy zastrzeżeniu strony niekatolickiej, że ograniczy ona swój wkład w wychowanie dziecka. Taka praktyka jednak nie wynika z „otwarcia” się tej instytucji a po prostu z chęci zysku i zapewnienia sobie lepszych statystyk. W ten sposób Kościół nie mogąc zmienić w Polsce prawa w tym zakresie, przynajmniej stara się na tym finansowo nie stracić.

Katolicki kler nie musi w kwestii małżeństwa powoływać się wprost na swoją doktrynę. Ma inne metody, którymi stara się spychać pewnych ludzi na społeczny margines, zmniejszając ich szansę na związek i tym samym na pojawienie się dzieci niepodlegających jego wpływom kulturowym. W swojej retoryce Kościół dyskredytuje niekatolików – zwłaszcza bezwyznaniowców, ateistów. Różnymi sposobami zniechęca do zawierania z nimi związków czy nawet przyjaźni. Krzewi podziały, ostracyzm, strach i nienawiść. Przedstawia ich jako ludzi bez zasad, nieodpowiedzialnych, rozwiązłych seksualnie, niezdolnych do miłości i wierności, zniewolonych narkomanią czy alkoholizmem. Tak więc dla Kościoła nie jest zbyt ważne to, jaką jakość życia rodzinnego stworzą dani ludzie – bo o wiele większym problemem dla niego jest rodzic ateista lub liberał niż rodzic alkoholik, albo sadysta.

Wprawdzie większość członków wspólnoty Kościoła Rzymskokatolickiego tylko nazywa siebie katolikami, nie podzielając katolickich poglądów i odrzucając sporą część katolickiej propagandy – jednak uprzedzenia bardzo łatwo się w ludzkich umysłach zagnieżdżają i trudno je stamtąd usunąć. Taka osoba nie musi zgadzać się z tym, że bezwyznaniowiec to amoralne zwierzę, nie musi mieć problemów z zawarciem przyjaźni z kimś takim. Słuchając tego co księża mówią, może jednak odczuwać niechęć i strach wobec związania się na stałe z kimś takim. Ci, których katolicka propaganda atakuje, mogą mieć więc mniejsze szansę na trwały związek i tym samym na posiadanie rodziny – co tyczy się głównie mniejszych miast i wsi.

Sama katolicka definicja małżeństwa też nie sprzyja prawidłowemu funkcjonowaniu rodziny. Podstawowym jego celem jest rozmnażanie (Kodeks prawa kanonicznego – kan. 1096, § 1) – nie zaś właściwe relacje rodzinne czy wzajemna troska. Nastawienie Kościoła Katolickiego na reprodukcyjną rolę małżeństwa jest tak silne, że osoby które przez swoją niepełnosprawność nie mogą odbyć stosunku seksualnego – nie mają prawa do katolickiego ślubu (Kodeks prawa kanonicznego – kan. 1084, § 1).

Podejście do rodziny i rodzicielstwa podobne jest tu do tego, które występowało w państwach totalitarnych – jak Trzecia Rzesza, gdzie wzorcem były rodziny wielodzietne zaś kobiety, które nie urodziły jeszcze dziecka, przyrównywano do dezerterów. W obydwu przypadkach państwo poprzez swoją politykę (urzeczywistnioną w propagandzie, socjalnych przywilejach itp.) traktuje obywateli przedmiotowo, sprowadzając ich do roli bydła – którego trzeba jak najwięcej wyhodować.

Ochrona życia

Kościół Katolicki bardzo lubi głosić puste frazesy o obronie życia i trosce o godność osoby ludzkiej. Są to jednak tylko populistyczne hasła, mające przedstawić tę instytucję i ludzi z nią związanych (organizacje, partie polityczne) w jak najbardziej pozytywnym świetle – jako prezentujących głębokie wartości i pozornie działających w interesie wszystkich. Najczęściej o obronie życia i godności mówi się tutaj w odniesieniu do zarodków – w kontekście zapłodnienia in vitro czy antykoncepcji. Gdy jednak zarodek zamieni się w narodzone dziecko – nagle o nim Kościół zapomina, a hasła o obronie życia i godności przestają obowiązywać. Łatwo bowiem bronić bezimienne, nieokreślone zarodki, których utrzymanie nic nie kosztuje i za które faktycznie odpowiadają matki. Obrona życia narodzonego człowieka jest jednak nie tylko trudna i kosztowna, ale w przypadku gdy dotyczy człowieka głoszącego odmienne poglądy – może być sprzeczna z interesem Kościoła.

Życie ludzkie dla Kościoła Katolickiego zawsze było niewiele warte. Od swoich początków i eliminowania innych ruchów religijnych, poprzez krucjaty, działalność inkwizycji, krwawe chrystianizacje, po XX wiek i katolickie obozy koncentracyjne – historia katolicyzmu przepełniona jest śmiercią i terrorem. Kościół w tym zakresie się nie zmienił. Zmianą miał być II Sobór Watykański – który według obrońców katolicyzmu ma odciąć instytucję od odpowiedzialności za tamte wydarzenia. Sobór ten jednak był jedynie wizerunkową manipulacją, inicjatywą zorganizowaną dla pozoru – na co dowodem może być to, co działo się potem np. w Argentynie.

Dziś Kościół nie mówi wprost o tym, że należy zabijać – jak przykładowo robił to święty katolicki – Bernard z Clairvaux, nawołujący do mordowania dla Chrystusa. Takie odsłonięcie się spowodowałoby nie tylko utratę słuchaczy, ale i stało się podstawą do podważenia jego legalności w wielu państwach. Dlatego dziś nawołuje on do agresji i usprawiedliwia mord, stosując bardziej subtelne metody. Może szerzyć więc nienawiść przez negatywne etykietowanie, pomówienia, dehumanizację czy manipulowanie winą.

Gdyby Kościół Katolicki był dziś „otwarty” i „odmieniony” – jak twierdzą niektórzy, nie pochwalałby choćby działalności partyzantów z NSZ i NZW, którzy dokonywali mordów na ludności niekatolickiej – głównie żydowskiej i prawosławnej. Katolicka młodzież nie chodziłaby po ulicach polskich miast gloryfikując Eligiusza Niewiadomskiego, za to, że zamordował prezydenta Gabriela Narutowicza. Katolickie organizacje takie jak po cichu wspierany przez Kościół Katolicki – ONR – nie organizowałyby manifestacji na których padają hasła „Wyszyńskiego pamiętamy, ateistom żyć nie damy” czy „Znajdzie się kij na lewacki ryj”.

Tym bardziej absurdalny jest więc argument obrońców katolicyzmu, mówiący o tym, że Kościół się zmienił i nie można go obwiniać o to, co było kiedyś. Oczywiście, że można – bo idąc tym tokiem rozumowania, każdego mordercę należałoby uniewinnić uzasadniając to tym, że „jego zbrodnia to już przeszłość”. Kościół Katolicki jest odpowiedzialny za swoją historię. Jest tym bardziej odpowiedzialny, że obecne wpływy i bogactwo zawdzięcza swojemu dawnemu terrorowi. Na dodatek tak podkreślana dziś zmiana tej instytucji, polega tylko na zmianie publicznej retoryki nie na faktycznej zmianie zachowania.

Tak więc Kościół Katolicki tylko we wzniosłych hasłach broni życia i rodziny. Prawo do posiadania jej w istocie przewiduje tylko dla podporządkowanych sobie – choć i tutaj liczy się ilość a nie jakość. Broni zarodków, w tym tych niepowstałych (bo antykoncepcję też potępia), ale mordowanie ludzi za wyznawanie innych poglądów niż katolickie, uważa już za poprawne a nawet wskazane.

W maju, albo czerwcu katolicy organizują marsz w obronie życia, pod koniec stycznia manifestują swoje uznanie dla mordercy polskiego prezydenta a na początku marca gloryfikują ludzi, którzy palili żywcem całe niekatolickie rodziny. Tak więc tyle tylko obrony życia i troski o rodzinę w katolicyzmie, ile zmieści się na transparentach niesionych podczas tego marszu.

Czytaj również